630 km w 6 dni – czyli bieganie głową

Joanna Biała startowała u nas w Bieszczadach w zeszłym roku w VI Hyundai ultraMaraton Bieszczadzki na dystansie 90 km. Obserwuję cały czas jej wyniki z niedowierzaniem. Podczas ostatniego startu w EMU 6 Day Race 2019 Joanna uzyskała nowy Rekord Polski zajmując 3 miejsce w klasyfikacji open kobiet. Licząc na to, że nasi Rzeźnicy skorzystają z doświadczenia nowej rekordzistki Polski i podczas swojego biegu w chwili kryzysu przypomną sobie, że można zdecydowanie więcej poprosiłem Joannę o podsumowanie swojego biegu.

630 km w 6 dni – czyli bieganie głową

Czy można perfekcyjnie przygotować się do biegu wielodniowego? Czy da się przewidzieć reakcje organizmu na tak ogromny wysiłek, niedospanie, nieustanne picie i jedzenie? Jak znieść bieganie w kółko przez 144 godziny i nie zwariować?

Zacznijmy od tego, że każdy z nas decydując się dobrowolnie wziąć udział w takim wyzwaniu, w dodatku słono za to płacąc musi być mocno stuknięty. Wiemy, że trudno jest nas zrozumieć po co się tak wykańczamy, ale nam dobrze jest z tym szaleństwem, bo jak żyć bez niego!

Wybierając się na EMU 6 dobowy bieg nad Balatonem spodziewałam się upałów, pęcherzy i odcisków oraz lekkiej utraty wagi. Do tej pory zwykle w maju było tu piekielnie gorąco, tymczasem bluza polar, wiatrówka i foliowy płaszcz przeciwdeszczowy spakowane na wszelki wypadek stanowiły najważniejsze części mojej garderoby podczas biegu. Słonecznie było tylko przez 1 dzień i może jeszcze pół, poza tym pogoda była głównie sztormowa, czyli ulewa z dość silnym wiatrem i uginającymi się drzewami. Zdarzało się, że bezskutecznie czekałam w domku na okno pogodowe. Ostatecznie trzeba było wyjść i dalej krążyć, bo w końcu po to tu przyjechałam. Było czasem tak przerażająco, że wstrzymanie biegu przez organizatorów wydawało się wysoce prawdopodobne.

 

Obawiałam się, że podczas deszczu problem ze stopami jest tylko kwestią czasu. Zwłaszcza, że do tej pory nawet na biegach 24h czy 48h moje stopy były bardzo wrażliwe. Zawsze miałam jakiś pęcherz do przebicia, który po krótkim czasie był ponownie pełny, a na odmoczonych stopach zdarzały się głębokie odciski. Tym razem jednak nabyta w sportowej sieciówce maść miała chronić mnie przed takimi przykrościami. Trzeba przyznać, że była dość skuteczna, ale z kolei spowodowała wysypkę na górnej części stóp. Musiałam mocno luzować sznurowadła by uniknąć dodatkowego podrażnienia.

Biegaliśmy w jednym kierunku po pętli o długości prawie 927 m. To był slalom z co najmniej 7-mioma zakrętami. Były też górki i jeden zbieg. Już po kilkunastu godzinach byłam zorientowana, na których odcinkach warto chodzić zamiast biegać. Według mojego nazewnictwa były to: Mała Babia – małe, ale dłuższe podejście, Everest – krótko, ale mocno pod górkę i Zakręt Śmierci, gdzie trzeba było skręcić o 180 stopni. Najprzyjemniejszy był zbieg – jedynie przez ostatnie 12 godzin nie byłam w stanie tamtędy biec, ani gdziekolwiek indziej.

Bazą noclegową biegaczy były rozmieszczone wzdłuż trasy domki letniskowe. Tam mogliśmy spać ile kto chciał. Nie było minimum do przebiegnięcia by móc zrobić sobie przerwę na cokolwiek. Do domków 2 razy dziennie przynoszono ciepłe posiłki, poza tym na stałe na trasie funkcjonował bufet z napojami, przekąskami i ciepłymi posiłkami. Wegetarianie też mają tu co jeść. Podobno moje dania były wegańskie, choć papkowate, więc trudno mi było stwierdzi co tak naprawdę jadłam. Dostępne były też suplementy. Ze względu na pogodę najchętniej piłam ciepła herbatę. Niestety była mocno słodka, co postanowiłam zaakceptować z racji dużego zapotrzebowania na kalorie. Początkowo robiłam sobie rumianek, ale potem nie chciało mi się tracić czasu na pierdoły. Co prawda Czesław Macherzyński na każdym okrążeniu pytał czy czegoś potrzebuję, ale nie chciałam zawracać mu głowy, więc czasem tylko godziłam się na miętkę.

Planując mój udział w biegu chciałam pokonywać dziennie 3 maratony, następnie korzystać z masażu, rozciągać się, brać prysznic i porządnie się wysypiać (!). Oczywiście nie miałam doświadczenia w biegu 6 dobowym i byłam ciekawa czy taki schemat będzie wykonalny lub jak bardzo rzeczywistość go zmodyfikuje w zależności od samopoczucia i możliwości organizmu. Otóż pierwszej doby wszystko się udało oprócz snu, tzn. wcale nie miałam ochoty spać. Poleżałam może 3 godziny i wyszłam dalej kręcić – w głowie już na konto kolejnej doby. Jednak gdy minęło południe musiałam się położyć, mimo,że teoretycznie opłacało się przeciągnąć odpoczynek, bo trochę później miał padać deszcz. Nie pamiętam ile spałam i czy w ogóle, w każdym razie mój plan już ulegał zmianom. W dodatku zaczęła mi dokuczać lewa noga w okolicy stawu skokowego, co dodatkowo zmniejszyło dzienny kilometraż. W kolejne dni przywiązuję do kostki cold pack, dzięki czemu parę kółek jest mi łatwiej znieść. Ponadto robię tuning butów, tzn. wycinam w nich dziury z przodu robiąc palcom przewiew i więcej miejsca.

Trzecia doba miała być najbardziej kryzysowa i faktycznie rozklejam się nad ranem. Idę w deszczu i szlocham. Każdy coś przeżywa, więc moje łzy nikogo nie dziwią. O rozciąganiu nie ma mowy, nie ma na to siły, a poza tym wydaje mi się że połamałabym mięśnie. Wyciągam słuchawki i ryczę do Santany i Claptona. Potem przerzucam się na lokalną stację radiową. Na szczęście nie rozumiem wiadomości, więc można tego słuchać. Sprawdzam korespondencję w telefonie i już wraca mi uśmiech. Moc pozytywnej energii ładuje moje akumulatory. Będzie dobrze. Wpadam na pomysł zmiany butów na te z wyższą amortyzacją. Wzięłam je zupełnie na wszelki wypadek, bo jakoś kiepsko mi się w nich biegało. Raczej przeznaczone wcześniej do chodzenia, teraz wydają się być bardzo wygodne do biegania. W dodatku radzę sobie z opuchniętą kostką – nacinam ścągacz każdej lewej skarpety i nie czuję tak mocnego ucisku. Ryszard Kałaczyński daje mi maść końską i mówi „smaruj, a jak Ci na nogę nie pomoże, to chociaż na głowę”, więc wcieram.

Po 3-ciej dobie mam na koncie 357 km, a po 4-tej 446 km. Cudownie biegnie mi się w nocy. Słychać śpiewanie ptaków, wiatr, a drogę wielokrotnie przecina mi lis (to nie były halucynacje – pytałam innych i też widzieli jak chodził lisek koło drogi). Magia. Uwielbiam gdy jest niewielu zawodników na trasie, normalni ludzie śpią, a ja się poniewieram. Nawet ten ból dodaje smaczku. Smakować też zaczyna mi sól, dużo soli. Wcinam małe kanapeczki, a każdy kawałek maczam w soli. Do tego słone orzeszki i pestki słonecznika – też słone. Na rozgrzanie rosołek i jeszcze raz to samo. Kristina ze Szwecji, cudowna osoba, która wygrała wśród kobiet w zeszłym roku teraz czuje jakiś hamulec, opór, głowa nie pozwala je biegać. Bardzo mi kibicuje. Częstuje mnie wyśmienitym ciastem własnej roboty i zachęca do biegania, bo prowadzące wśród kobiet Tina z Danii i legendarna Japonka Sumie teraz śpią. Nad ranem coraz więcej biegaczy pojawia się na trasie by do końca doby, czyli do 12-tej zdążyć dobić zaległe kilometry. Rozmawiamy o tym co kogo boli, albo jak jest cudownie. Np. z Czeszką Karlą stwierdzamy, że to nasz pierwszy i ostatni bieg 6 dniowy, a już po dwóch zdaniach nieświadomie mówię, że następnym razem … np. wezmę więcej ciepłych ubrań. Świetnie mi się biegnie z Łukaszem Jarockim. Chodzimy tam gdzie wydałam sobie zakaz biegania, szuramy równo na innych odcinkach. Dużo śmiechu zapewnia mi Rysio. Opowiada ciekawe historie. Podpytuję o jego kolejne wyzwania. Na lepsze trawienie zrywa po drodze liście lipy i wcinamy.

Niektórych biegaczy podziwiam szczególnie, np. prowadzący Dan z Anglii mknie lekko na paluszkach jakby nie czuł zmęczenia, ale biegnie chyba cały czas. Z kolei Sumie z Japonii - już w kategorii W50, od początku wydawałoby się, że ledwo biegnie, stawia malutkie kroczki. Mam wrażenie że jest bez sił i zaraz się potknie, a ona w takim stylu zostawia większość biegaczy za sobą. Jest wielokrotną mistrzynią świata w biegach ultra po pętli. Mistrzyni. Jest też pan, który biega w sandałach – takich z jednym paseczkiem. Podeszwa w nich jak w klapkach na basen, ale świetnie mu idzie. Z kolei Andrzej Wereszczek, który pobije rekord Polski Pawła Żuka woli tylko biec. Rzadko idzie, często odpoczywa w domku, wychodzi na konkretne bieganie i schodzi dając nogom odpocząć. Oj ile ja się tutaj naoglądam i nauczę!

Mija piąta doba, a ja mam 530 km. Jestem już mocno opuchnięta. Stopy jak serdelki, nabrzmiałe całe nogi, a nawet twarz. Dostaję sygnały, że jeszcze tylko 90 km i rekord Polski kobiet będzie mój. Ludzie we mnie wierzą, wspierają, więc postanawiam, że to zrobię. Wpadam w trans i zasuwam jak pierwszego dnia. Czuję jakby woda pod skórą rozsadzałą mi nogę, a ból lewej piszczeli przyćmiewa jakiekoliwiek inne odczucia. Akceptuję go i pędzę dalej. Nie reaguję na zaczepki, pytania, nawet na „ojra ojra” – kibicowanie Węgrów. Muszę być teraz sama ze sobą. Ból przestaje mieć znaczenie.

Tak galopowałam przez dobre parę godzin. Nabiegałam tyle, że nawet spacerem już zrobię ten rekord. Spuchłam jeszcze bardziej a ból się nasilił. Czesław ratuje lodem w spayu. Idę spać, pierwszy raz nastawiam sobie budzik. I tak niepotrzebnie, bo czuwam. Wstaję i jestem jak dętka. Wiem że tylko będę chodzić, bo noga nie jest w stanie odpowiednio zgiąć się w stawie skokowym. Noc jest piękna, na trasie poustawiano palące się świeczki. Nie mogę uwierzyć że już prawie koniec, choć zostało jeszcze 12h. Sama nie wiem jak ja to przeżyłam. Ale było cudnie. Wzruszam się kuśtykając noga za nogą. Nad ranem oczywiście leje, ale do tego już przywykłam. Czuję w powietrzu coś pięknego. Udało się! Zrobiłam nawet więcej, bo 100 km ostatniej doby, więc ostatecznie wynik 630,275 km zapewnił mi rekord Polski kobiet w biegu 6 dniowym oraz miejsce na podium, bo jako 3-cia kobieta stanę obok drugiej Japonki Sumie!!! Wspaniale! Pierwsze miejsce wybiegała Dunka Tina z wynikiem 705,162 km.

Wchodzę na wagę i jestem w szoku. Przybyło mi 8 kg! To woda zatrzymała się w organizmie. Czuję się jak monstrum. Nie mieszczę się w ciuchy, na dekorację wkładam więc luźną pidżamę. Koleżanka pożycza większe buty i jakoś się turlam.
Z wielu badań jakie wykonałam po biegu wynika że wszystkie organy pracują doskonale. We krwi i moczu odnotowano gdzie niegdzie podwyższone parametry, co jest normalne po takim wysiłku. Tylko lewą nogę muszę zreperować, bo jeszcze płacze, a to opuchnęcie zwalam na dużą ilość spożytej przeze mnie soli, która co prawda jest potrzebna podczas wysiłku, ale też może zatrzymywać wodę. Wiem, że innym biegaczom również spuchły stopy, a dodatkowa woda może być reakcją obronną organizmu wobec tego co nieznane i za drugim razem (yes!) nie musi to tak wyglądać. Cóż, muszę to sprawdzić.

Zdaję sobie sprawę, ze moje podejście do biegania ma mało sportowy charakter. Nawet nie mogę powiedzieć, że trenuję. Po prostu „biegam bo lubię”, a wręcz kocham ten stan bycia w biegu. Nie znam swojego tętna ani tempa. Rywalizuję ze sobą, jeśli w ogóle. Nie mam zegarka ani innych przeszkadzaczy. Lubię zapomnieć się w bieganiu. Na to właśnie mogę liczyć podczas długiego biegu, gdy wpadam w trans i nie interesuje mnie nic innego. Powtarzalność kółek nie ma znaczenia. Głośno i rytmicznie oddycham. Wyłączam umysł, nie czuję bólu, jest bosko. Trudno byłoby mi przetrwać taki bieg gdybym nie lubiła biegać. Trzeba kochać bieganie i bycie samemu ze sobą, z własnymi myślami, by czerpać przyjemność z takiej tortury. I najważniejsze - warto zadbać o głowę, bo z niej płynie satysfakcja i to głowa pozwala wiele wytrzymać. Parafrazując Davida Gogginsa – jeśli nawet będziesz wytrenowany, to nie zrobisz więcej niż Ci głowa na to pozwoli.

Rozmawiał
Jacek Gardener