4 czerwca 2010


VII Bieg Rzeźnika


Rzeźnik 2005 -- relacja Marcina Lenskiego PDF Drukuj Email
Środa, 13 Maj 2009 01:23
Tytuł: Rzeźnik 2005
Autor: Marcin Lenski


Nie wiem, czy Bóg istnieje. Ale gdyby był, to wysłałby ze mną na trasę mojego anioła stróża - a ten biegłby razem ze mną połoninami, cieszyłby się słońcem i cieniem na Jaśle. Płakałby ze mną, gdy nuciłem sobie Rydwany Ognia podbiegając pod Fereczatą. Usiadłby zmęczony na Połoninie Wetlińskiej, tuż za Smrekiem i wytrzepałby z butów odłamki skał. Dysząc po prawie pionowym podejściu najpierw zachwyciłby się Połoniną Caryńską a potem wraz ze mną ze zgrozą zauważył, że zapada zmierzch. Może przytrzymałby mnie i podparł ramieniem, kiedy prawie płakałem z bólu schodząc tyłem schodami z Wetlińskiej rozważając zejście z trasy - poddanie się. I pewnie oświetliłby mi las na zejściu do Ustrzyków, kiedy ciemności tak zapanowały nad światem, iż wydawało się, że zstąpiłem do piekieł.

A jednak dotarłem na miejsce. Był to moment, kiedy mój anioł stróż, (jeśli istnieje), odetchnął z ulgą i popukał się w czoło, doprowadzając mnie do Marka, który stał na mecie i trzymał straż, pomimo tego, że wszyscy odpoczywali w bazie. Stał tam po to, żeby KAŻDY, kto ukończy wbiegł na metę. Myślę, że mój anioł stróż poprosił o kilkudniowy urlop. I jego przełożony w uznaniu zasług, oraz mając na względzie to, jakim "Łosiem" musi się opiekować, dał mu go bez problemów.
Czym jest "Bieg Rzeźnika"? Dla niewtajemniczonych: Bieg ten rozgrywany jest z Komańczy do Ustrzyków Górnych, trasą biegnącą czerwonym szlakiem. Startuje się o wschodzie słońca, ostatni powinni kończyć kiedy ono już zachodzi. Dlaczego i jak ktokolwiek wpadł na pomysł przebiegnięcia tych prawie 76 kilometrów? Co spowodowało, że w tym roku na pomysł ten odpowiedziało z iskrą w oku prawie 50 osób? Nie mam pojęcia. Tylu szaleńców i pomyleńców kręci się po świecie, więc było to chyba tylko kwestią czasu zanim ktoś wpadnie na taki pomysł. Jeśli do tego dołoży się ułańską fantazję, pomnoży przez romantyzm księdza Robaka, okrasi zawziętością Kmicica, zamiesza pracą u podstaw - Wokulskiego a na koniec doprawi szarżą spod Somosierry i atakiem na Monte Cassino. Dostanie się "Rzeźnika" właśnie. Po czymś takim - na pytanie, co do cholery pcha ludzi na taką trasę, odpowiadam: bycie Polakiem. Zawziętym, na twarzy ale w duszy uśmiechniętym, zawsze z czymś walczącym, a to z ustrojem, a to z ZUS'em, romantykiem. Mogę się mylić, ale Ci, których tam spotkałem doskonale odpowiadają temu skróconemu opisowi. Chyba jednak czymś podpadli, bo jak wszem i wobec wiadomo, jak Bóg chce kogoś pokarać - to mu rozum odbierze i... na Rzeźnika pośle.

Zaczęło się niewinnie - krótkie zwiedzanie Komańczy, wsi na początki końca świata, słynnej z próby połączenia się z Ukrainą zakończonej przez wojsko polskie w 1921, oraz ostatniego miejsca, w którym internowany był kardynał Stefan Wyszyński. Nic dziwnego, że wybrano to miejsce - jeszcze dziś trudno tu dojechać a co dopiero wtedy, w 1956 wszystko to się działo. My śpimy nie w klasztorze a w jadalni Szkoły Podstawowej. Jeszcze się śmiejemy, jeszcze dowcipkujemy. Niektórzy, co bardziej "stuknieci" i nie obeznani ze specyfiką Bieszczadów (w tym i autor artykułu) umawiają się na trasę, którą sami pomysłodawcy nazwali "dla kompletnych szaleńców". Czyli dodatkowe dwadzieścia kilka kilometrów - Wołosate, Halicz przez Tarnicę. Buńczuczne zapowiedzi, o tym, że nic innego nas nie interesuje zostaną zweryfikowane jutro. Na razie, ci bardziej obeznani z terenem milczą i patrzą na nas z przymrużonymi oczami. Nie, nie mrużą ich od słońca, raczej ze śmiechu. Oni śmieją się z nas, my uśmiechamy się do siebie, inni po prostu cieszą się tym, że są tu a nie gdzie indziej. Sielanka.

O 4.25 rano przy kościółku zaczęła się Odyseja. Chciałbym napisać, że "najpierw powoli, jak żółw ociężale..." Ale się nie da! Od samego startu - pomijając sześć osób wszyscy pognali do przodu, jakby się z tyłu paliło. Od tego momentu, aż do mety, kończą się moje wspólne z innymi przeżycia. Bo mając w głowie, iż moja meta jest dobrych kilka kilometrów za innymi, potruchtałem swoim tempem. Opisywać trasę mogę tak jak ją wtedy czułem, albo tak jak ją teraz znam. W każdym przypadku, będzie to inna opowieść. Dam Wam próbkę. Podbieg na bardzo dziurawym asfalcie, jaki prowadził prawie do samego Duszatyna, podówczas wydawał się być dość dużym i mało przyjaznym, w każdym razie, przebyłem go marszobiegiem. Uważałem to, za dobrą strategię. A co myślę teraz, po kilku dniach? Po co ja tam szedłem?? Przecież to płaski odcinek trasy z idealnym podłożem. Wspaniałe miejsce, by przyspieszać i łapać kilometry, póki można. Widać więc, jak bardzo zmieniło się moje spojrzenie. Biegłem, spotkałem kolegów - Jurka i Andrzeja, biegłem z nimi i rozmawiałem. O różnych rzeczach, o biegach, kontuzjach, studiach, o pomysłach na życie, o byciu bezrobotnym. Potem ni stąd ni zowąd pojawił się samochód z obsługą pierwszego punktu. Pierwsza półtoralitrowa butla z prywatnym izotonikiem, kilka kubków wody, mars do plecaka, uśmiech na do widzenia i znowu pod górkę. Wtedy właśnie, jakby chcąc nas obłaskawić Bieszczady pokazały nam swoje nizinne piękno - Jeziorka Duszatyńskie. Miejsce powstałe kilkadziesiąt lat temu, z turkusową powierzchnią wody i otaczającymi ją lasami. Czy pierwsi, którzy biegli mieli chwilkę, aby je obejrzeć? Nie wiem, jeśli nie - niech żałują!

Pierwszym znaczącym podbiegiem była Chryszczata. Miejsce walk z 1914-1915 roku. Usiana narosłymi okopami, stanowiskami ogniowymi i cmentarzykami, w większości już zapomnianymi. Miejsce, jak większość bieszczadzkich gór nasiąknięte krwią. Drzewa, krzewy, zieleń, która porasta Bieszczady, widziała wiele. Słyszała wiele, ale nie osądza, nie opowiada się za którąkolwiek ze stron. Po prostu szumi i daje cień tym, którzy tam spoczęli. A ja zmierzając dalej, kilkadziesiąt lat później zadumałem się przez chwilkę i wsłuchałem w jej opowieści. Może to otoczenie, może światło, może szum liści... a może to... Żebrak na swojej przełęczy, którą właśnie minąłem dał mi poczuć trochę historii? Kto wie? Musicie sprawdzić sami. Droga w kierunku na Cisną, była wspaniała, prowadziła wierzchołkami gór, dawała miejsce, aby się rozpędzić i trochę pobiec. Podbiegi nie były szaleńcze a zbiegi wręcz delikatne. Gdyby nie numer na piersi i przeświadczenie, że walczę o miejsce w wyścigu, pochodziłbym trochę, tak bez celu, wybaczcie słowo - powałęsałbym się. Oprócz nas nie było nikogo. Może jakieś zwierzaki stały z boku i przyglądały się przemieszczającym się i sapiącym dość głośno dziwadłom. Jeszcze tylko Wołosań, Berest, i... Przecinka w lesie - zbieg na łeb na szyję, skąd się to tu wzięło? Pod linami kolejki - prosto na dół. Zbiegłem, żebym, choć wiedział ile czasu i kilometrów do Cisnej, skręt, chałupa, skręt i...? Nasz samochód, już?! No tak, ponad trzydzieści kilometrów minęło jak z bicza strzelił. Kolejne litry napojów wlanych w siebie, chwilka odpoczynku, zmiana butów. Od tych, w których biegłem dotychczas zaczęły mi się robić pęcherze. Okazuje się, że "srebrna taśma" nie wytrzyma wszystkiego - odkleiła się mi z achillesów i zjechała pod pięty. Wyobraźcie sobie, jak potrafi palić pęcherz, jak potrafi uwierać, a potem przypomnijcie sobie, jakie uczucie towarzyszy zdejmowaniu butów. Ulga, prawda? I ja też tak się, czułem. Po zmianie butów, jakbym urodził się na nowo, jakby ktoś dodał mi skrzydeł i gdyby nie to, że pojawiły się one tylko w postaci "przenośni poetyckiej" przydałyby się bardzo na kolejnych odcinkach.

O trasie do Cisnej można powiedzieć - przedsionek piekieł. Od tego momentu było tylko gorzej. Słońce w końcu uderzyło jak młotem a kolana przypomniały o swoim istnieniu, a serce pracowało za dwóch. Podbiegi stały się bardziej strome, zbiegi również, pojawiły się odkryte połacie terenu, na których jedynym cieniem był mój własny. Ciągle do przodu, w górę - do nieba, choć co chwilę mijałem coś, co przypominało o kruchości bytu. Tak jak mogiła ofiar wypadku śmigłowca. Oni już znaleźli swój spokój, odpoczywają, a ja parłem dalej. Worwosoka, Małe Jasło i spotkanie ze Zbyszkiem. Spał w najlepsze na trawie, kiedy przebiegałem obok.. Na pytanie czy coś się nie stało, stwierdził: no wiesz trzeba trochę odpocząć przed atakiem na Halicz, Kolejny wariat. Przez chwilkę w milczeniu staliśmy przyglądając się panoramie Bieszczadów, po czym Zbyszek zapytał:
- Widzisz ten szczyt po lewej, ten duży?
- Tak.
- To Smerek, a ten mniejszy, o tam...
- Tak, widzę.
- To Połonina Wetlińska, tam za nią jest Caryńska, to ten mały cypelek co tam wystaje, widzisz, prawda?
Coraz mniej pewnym głosem a jednak odpowiedziałem - Tak...
- A to szare, takie prawie niewidoczne, takie maleństwo?
- Nooooo, widzę, To Halicz? Zapytałem z nadzieją w głosie.
- Nie! To Tarnica. Halicz jest jeszcze kawałek za nią.

Kurwa mać! Pomyślałem. Po co Ty mi to mówisz? Dziadu jeden! No i wtedy jakoś, mój cel, czyli Rzeźnik Hard Core, zaczął tonąć we mgle. Przez głowę przemknęła mi myśl: może jednak tylko do Ustrzyków...? Rozdzieliliśmy się, on pobiegł przodem, ja powolutku, za nim. Rozdzielił nas Okrąglik, to właśnie tam zanuciłem sobie Rydwany Ognia, oczyma wyobraźni zobaczyłem końcową scenę filmu i zacząłem przeciekać "z oczu". Chyba jestem alergikiem, bo inaczej skąd te łzy? Potem Fereczata złączyła nas na powrót. Zbyszek chyba powoli opadał z sił. Ja miałem ich nadmiar, tyle tylko, że to on atakował wzniesienia a ja powoli, cały czas do przodu, "langsam, langsam, aber deutlich", jak mawiają na mojej Opolszczyźnie. W międzyczasie mój operator komórkowy zdążył powitać mnie kilka razy na Słowacji, a kolega z Bydgoszczy nie wiedząc gdzie jestem zadzwonił z pytaniem o jakąś muzykę. Wydyszałem mu do słuchawki, co robię, mniej więcej tymi słowami: - Krzyś k...wa, biegnę z Komańczy do Ustrzyków. Na co on odpowiedział, po chwili milczenia: - noooooo, to miłego wypoczynku. Ja pie...le. I tyleśmy pogadali.

Zbieg z Fereczatej choć sam w sobie nie był może najgorszym z jakimi przyszło się borykać, mnie pozbawił dalszych złudzeń. Podczas biegu w dół, stąpnąłem lewą nogą na kamień i ta zamiast dalej podążać w normalną stronę, wygięła mi się do tyłu. Zrobił mi się przeprost. I kolano zaczęło boleć. Tak niewiele, tak troszkę, jakby chciało powiedzieć "tu jestem, tu jestem i daję ci znać, że będę tu jeszcze kilka dobrych lat. Zastanów się, co robisz, chcesz mnie wymienić na tytanowe? Proszę bardzo, rób tak dalej... biegnij". Gdybym był normalnym, zdrowym na umyśle człowiekiem, posłuchałbym go, ale ja byłem jednym z tych, którzy przyjechali na Rzeźnika - Szaleńcem. No i parłem do przodu. A Bieszczady pokazały się z drugiej strony. Okazało się, że to nie tylko zieleń wzgórz i pustka dookoła a jest to również miejsce, gdzie ludzie przyjeżdżają się opalać, pochodzić po górach, na wczasy. Przebiegłem przez ośrodek wypoczynkowy, czym myślę sprawiłem frajdę oglądającym mnie ludziom. Chudy, spocony, ziejący, z krwią w oczach, numerem na piersiach i biegnie. A oni leżą, opalają się, piją piwo, czytają, grają w karty. Nie pytajcie ani mnie ani ich, kto jest normalny. Definicja będzie różna.

Smerek, jak podaje przewodnik oficyny wydawniczej Rewasz, "jest punktem wejściowym atrakcyjnych szlaków znakowanych na szczyt Smerek i Połoninę Wetlińską". Dla mnie i innych to był 55 kilometr biegu. Eliminatka. To tutaj zeszło najwięcej ludzi. Cień sklepiku dawał schronienie, leżeli tam Ci co "nie dali rady", ani gorsi, ani lepsi. Po prostu dali z siebie wszystko co mogli. A że starczyło do Smereka? Cóż... bywa. Odpocząłem sobie kwadrans i pobiegłem dalej. Jak miło było mieć pod nogami asfalt, tego "przyjaciela" biegacza, na którym większość z nas wiesza psy. Ja dziękowałem, za tę chwilkę wytchnienia dla nóg. Ten bieg na 56 kilometrze - to było takie proste i miłe. A potem "atak szczytowy". Już nawet nie marzyłem o bieganiu, tam dało się tylko iść. Smerek wycisnął ze mnie nie siódme a chyba sto-siódme poty. Przez cały czas piłem izotoniki, które niosłem na plecach. Na każdy odcinek brałem ich około 3 litrów. Czasami starczyło. Na trasie spotykałem zwykłych turystów. Coraz częściej mówiłem, hej, czy, cześć. Niektórzy schodzili z drogi, niektórym ja schodziłem. Niektórzy uśmiechali się, podczas gdy inni patrzyli bądź to obojętnie bądź z nerwami w oczach. Podejścia mają to do siebie, że kiedyś się jednak kończą i trzeba zacząć schodzić. No i się zaczęło. Zamiast biec musiałem iść, gdyż kolano bolało coraz mocniej. Ze Smereka na Przełęcz Orłowicza można spokojnie zbiegać, uważając, aby nie strącić, co mniej uważnych wycieczkowiczów, ale przy odrobinie dobrej chęci z obydwu stron można pokonać trasę do Chatki Puchatka w miarę płynnie. Można, co nie znaczy, że każdemu i zawsze się to uda. Mnie się nie udało. Każdy krok przyprawiał o ból. Zrazu taki, który da się wytrzymać, aż po wbijanie rozżarzonego pręta przez kolano do mózgu. Ten ostatni rodzaj poznałem na zejściach, szczególnie tam, gdzie ułożono schody, które w założeniu miały ułatwiać poruszanie. Mnie utrudniały. Okazuje się, że nie do wszystkiego da się przyzwyczaić. Nie wszystko da się oswoić. Ale można z tym mimo wszystko żyć i posuwać się do przodu. Może dzięki temu, że nie mogłem biec, usłyszałem Połoninę. Nie, nie ma w tym ani krzty przesady. Połonina bzyczała. Z każdej strony dochodził do mnie odgłos bzyczących owadzich skrzydeł. Nic dziwnego, dookoła jak okiem sięgnął roztaczały się pola jagód, może borówek albo tym podobnych owoców. Tyle przyjemności. Potem rozpoczęły się schody, w przenośni i takie prawdziwe. Żeby zejść z Połoniny Wetlińskiej do Berehów, należy skorzystać ze schodów. Znak na górze informuje, że to tylko 45 minut. Mnie zajęło to dobrze ponad godzinę. Każdy krok okupiłem bólem, każdy krok podkreślany był sykiem, większość z nich okraszona była przekleństwami. Aż dotarłem na dół, trzymając się barierek. Chciałem wyć, chciałem zejść z trasy i powiedzieć to tyle na ile było mnie stać. Marcin, przepraszam cię, ale nie pójdziesz dalej. Poddaj się. Odpuść sobie. Przecież to boli!! No, bolało. Żeby przejść przez strumyczek, jaki oddzielał mnie od kolegów z 4 punktu, mało nie padłem na kolana. To była bariera nie do przejścia, trzeba było zeskoczyć pół metra w dół a potem podejść do nich. Ja naprawdę myślałem, że nie dojdę. A potem... pić, pić i to dużo. Piłem, kiedy wzrok mój padł na tubkę z wazeliną. To też było to, czego potrzebowałem. Od trzydziestu kilometrów miałem obtarte wewnętrzne strony ud i wnętrza pośladków. Niby w porównaniu z kolanem nic, ale w marszu obcieranie żywym mięsem lewej nogi o żywe mięso nogi prawej nie pomaga. A nawet przeszkadza. Nałożyłem jej chyba pełną tubę. Ale szczypało! W międzyczasie podszedł do mnie jakiś turysta, i powiedział coś, co podniosło mnie na duchu. Brzmiało to tak:
- Podziwiam pana, widziałem jak pan schodził. Złapał pan kontuzję?
Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem:
- Eeee, nie, tylko kolano mi się rozleciało.
Może to niegrzeczne, że tak Pana potraktowałem, przepraszam, ale tego potrzebowałem, dystansu. Nawet, kiedy zadzwoniła moja Gosia, żeby zapytać jak mi idzie zbagatelizowałem sprawę kolana. Roztrząsanie bólu, jaki mi towarzyszył od dobrych kilku godzin nie poprawiało mi nastroju. A potem jeszcze stwierdzenie chłopaków z punktu: - Wiesz, u nas nikt nie został, wszyscy, co tu doszli mówili, że to już bardzo blisko. Na Smereku, to, co innego, tam padło wielu, ale u nas... I ten ich szelmowski uśmiech. Zawziąłem się! Kto niby ma się poddać? Ja??? O, nie! A przy okazji, po co chłopakom psuć statystyki?

No i ruszyłem. Miałem siły, próbowałem nawet biec. Nie to nie był dobry pomysł. Poszedłem szybkim marszem. Żeby jak najdalej od pokusy, bo jeszcze wrócę i położę się w cieniu samochodu, prosząc o podwiezienie na metę. Przede mną była tylko Połonina Caryńska, tylko ona odgradzała mnie od celu. Oprócz niej był jeszcze jeden nieubłagany "wróg", o którym dotychczas nie myślałem, który skradał się po cichu. Jak szpieg z krainy deszczowców. Czas. Karramba.

Ostatni odcinek: Berehy Górne - Ustrzyki Górne. Ostatnia wspinaczka, ostatnie wejście i dobrze. Dobrze, że miałem ze sobą cienką kurtkę przeciwdeszczową. Dobrze, że od wejścia na Caryńską, do Ustrzyków było mniej więcej tyle samo drogi. Zawracać mijało się z celem. Poza tym, ani mi to było w głowie. Minął mnie Jurek, poprosiłem, żeby przekazał na mecie, że biegnę. Że nie zszedłem, że walczę. Szczyt, przełęczka, szczyt i ciągle zimny wiatr. To, co przed chwilką było wiaterkiem i przyjemnie chłodziło w przeciągu kilku sekund zmieniło się w odbierające ciepło podmuchy wiatru. To, co przed momentem było pięknym widokiem zaczęło przygasać, razem z zachodzącym słońcem. Wiedziałem, że nie zmieszczę się w limicie czasu. Wiedziałem, że nie zdążę dotrzeć do mety w czasie, jaki przewidzieli na to organizatorzy. I już mnie to nie obchodziło. Chciałem po prostu znaleźć się wśród ludzi. Zrobiło się ciemno. Prawie czarno. Choć niebo było mi przychylne i pozostało bezchmurne, choć chciało mi pomóc światłem gwiazd, niewiele widziałem. Zejścia do Ustrzyków nie widziałem, ale pamiętam dobrze. Zapamiętam na zawsze. Bo takiej gonitwy myśli, pytań o to, co robić, nie pamiętam. Bałem się. Najzwyczajniej w świecie zacząłem się bać, na szczęście nie chwycił mnie paraliż, szedłem do przodu, bo w końcu to potrafię, przecież od kilku lat nie robię nic innego tylko prę do przodu. Poczynając od kilkuset metrów na początku, aż po te siedemdziesiąt kilka kilometrów w Bieszczadach. Tylko, że teraz to były góry nocą. Mało przyjazne, choć na szczęście nie wrogie. Zostawiały trochę miejsca na błędy. Szedłem, potykałem się o wystające z ziemi korzenie, drapałem o gałęzie, ale było dobrze. Aż do pewnego momentu. Zobaczyłem na drzewie poświatę, inny, jaśniejszy odcień zieleni, jakby ktoś z tyłu, z daleka, poświecił na nie latarką. Odwróciłem się, z nadzieją, żeby zobaczyć, kto to i wtedy... wpadłem w dół. Na pierwsze imię mam Marcin, na drugie szczęściarz! Jedna noga spadła swobodnie, druga podwinęła mi się pod siedzenie bardzo szybko, ale jednak w naturalny sposób. I znowu bolało, ale byłem cały. Odetchnąłem z ulgą. Po kilku minutach, znajomy głos krzyczał
- macie latarkę?
Pomyślałem - Jacy macie? Jurek, przecież jestem sam. Co Ty tu robisz? Powinieneś być daleko stąd w bazie...
- nie, nie mam, odpowiedziałem,
- za mną idzie jeszcze kolega
- Jurek, to ja!!
- a skąd masz ciemną kurtkę? Widzisz coś??
Jurek chyba widział jeszcze mniej niż ja. Nie dowiecie się ile daje bliskość kogoś, kto idzie w tym samym kierunku, dopóki się Wam to nie zdarzy. Ja już wiem. Dużo. Ważne, że po kilkunastu minutach zobaczyliśmy "światła miasta" i mostek prowadzący na kemping. Jeszcze tylko krzyki - biegacze? Ile my tu na Was czekamy. Super. Jesteście wielcy. Nie miałem sił cieszyć się z takiego przywitania, poczułem jednak ulgę, że to już. To pierwszy mój bieg, w na którego metę miałem wbiec, na ostatnim miejscu. Jurek chciał mnie puścić przodem. Odmówiłem, bo nie chciałem. Przeżycia, jakich dostarcza ta trasa warte są ostatniego miejsca. Wbiegliśmy trzymając się za ręce. I kiedy myślałem, że to już naprawdę koniec, usłyszałem: Maaaarcin, Maaarcin, poczekaj!!! Głos mojej kuzynki. O rany, czekała na mnie na mecie od osiemnastej, bo tak miałem kończyć aż do 21.45 kiedy wbiegłem. Poprosiłem ją o zrobienie mi zdjęć. Zrobiła i pojechała do Sanoka ze swoim maleńkim synkiem, który zasnął w samochodzie. Nie wiecie ile dla mnie znaczyło to, że czekała. Mogłem zejść z trasy, ale komu Asia zrobiłaby zdjęcia?

Więc jeśli ktoś zapytałby mnie teraz, po co ja to wszystko przebiegłem, po co znosiłem ból, odwadniałem się i męczyłem, po co przebyłem tę trasę...?? Odpowiedź znajdziecie w ostatnim akapicie - dla zdjęć. Tylko, jeśli spotkacie mojego anioła stróża, nie mówcie mu o tym, że to wszystko zrobiłem dla tych "obrazków na papierze", oraz tego, że chcę tam wrócić. Dość się napracował, mimo anielskiej cierpliwości może poprosić swego szefa o zmianę osoby, którą się opiekuje, albo po prostu porzuci mnie i poszuka spokojniejszej posady. A ja go polubiłem. Tyle razem przeszliśmy.

 
baner_tnf1